za babciną spódnicą

babcia1 001Kochała nas wszystkie miłością absolutnie bezwarunkową i nic sobie nie robiła z maminych zakazów. Przytulała, poiła ciepłym mlekiem, budziła rano do szkoły i mówiła w drzwiach „niech ci Matuchna dopomoże do nauki”. Wiejska, prosta kobieta. Nikt mi nie dał tyle miłości. Biłam się o Nią z kuzynami bo nie mogłam zrozumieć, czego chcą od mojej babci skoro mieli swoją!  Oglądam rodzinne zdjęcia. Na bardzo niewielu jesteśmy z rodzicami. Ale za to wszystkie mamy zdjęcia z babcią, i z dziadkiem również. Coś to znaczy.

Nasza babcia i moje cztery siostry.  Stodoła, ścieżka do studni, za stodołą pole kapusty, obok tyczki z jaśkiem i zaraz dalej las na Brzance.  Babcia jest już tylko w naszych sercach, cztery śliczne siostry mają się całkiem dobrze a tego kawałka krajobrazu nie pamięta oprócz nas prawie nikt. babcia 001

Reklamy

elektryfikacja

Mama stała przy sklepie trzymając na rękach malutką Marysię. Ja stałam obok niej, ściskając rączkę Ledy. Takie imię nadałam dwuletniej siostrze, którą musiałam się bezustannie opiekować. Mama miała Marysię a ja miałam Ledę. Starsze siostry uciekały z koleżankami albo zajęte były pracą w polu a ja byłam od kołysania i pilnowania małych.

Mama szła z nami od lekarza i przystanęła przy sklepie, pewnie żeby coś kupić dzieciom albo może mnie, zawsze byłam grzeczna i czasem coś dostawałam od Mamy, która bardzo często zabierała mnie z sobą, gdziekolwiek jechała.  Od sióstr dostawałam najczęściej stare ciuchy albo po łbie.

Prąd będą robić we wsi ale u was to chyba nie zrobią – zaczepiła nas gruba, czarnowłosa kobieta zwana Kolącą Różą.

– U nas nie zrobią? A to czemu  – zdziwiła się Mama.

– Nie zrobią, do takiej paryi to musieliby ciągnąć z dziesięć słupów, a poza tym to po co wam prąd, co sobie do niego włączycie? – zakpiła Koląca Róża.  Ja to już dawno mam kupioną pralkę, żelazko i nawet radio. Jak tylko zrobią to będę mieć wygodę!

A miej, co mnie to obchodzi – odparła Mama. Dzieciom będzie widniej czytać, ta mała już całymi dniami siedzi przy książce – pochwaliła się wskazując na mnie a ja urosłam z dumy co najmniej o kilka centymetrów.

Szłyśmy powoli pod górę bo Leda płakała, że ją bolą nogi a ja nie miałam sił jej nieść, byłam na to za mała. Mama niosła Marysię i jakieś zakupy i tak co kawałek siadałyśmy na brzegu i wspominałyśmy jak to było na Zachodzie. Mama tam mieszkała a ja byłam może ze dwa razy, ale pamiętam, że zachowałam się jak zdrajca rodziny mówiąc cioci Guście – ja tu chcę mieszkać! A dlaczego? Bo macie światło i wody nie trzeba nosić. Tylko małe dzieci potrafią być takie szczere. O Boże jak się wtedy wszyscy śmiali.

Mama, wychowana na Zachodzie doskonale wiedziała, jak prąd ułatwi nam życie i walczyła o podłączenie ze wszystkimi, nawet nie wiedząc, że nie musi, że to tylko głupie zawistne gadanie ludzkie.

– Jak trzeba będzie to same wykopiemy doły pod słupy! Kazik nie pomoże bo jest tylko na niedzielę – dodawała od razu.

Doły pod słupy prowadzące do gospodarstwa każdy musiał kopać sam a nasz domek był daleko od innych, dalej już tylko las.

Elektrykom wieś ma zapewnić obiad i nocleg, tam gdzie robią tam będą jeść  i spać!

Jeść im mogę dać ale spać to mogą jedynie w stodole – zasmuciła się Mama. Ja ich mogę przenocować – zadeklarowała się wesoła, uśmiechnięta gospodyni  z Ratówek.  U nas jest dwie izby a dzieci tylko dwoje więc elektrycy mogą w jednej izbie spać.

A do stodoły pójdą spać z dziewuchami od Maryśki – dodała   chuda ze złości żona Furmańcyka.

Jak człowiek jest grubszy to się częściej uśmiecha i jest zadowolony z życia, a chudy to ma zęby ze złości na wierzchu. Tak mówiła jedna pani z Koszar, ale ja nie wiem czy to prawda.

Aż wreszcie doły na słupy zostały wykopane, najwięcej u nas, bo końcówka i as. Do dziś nie wiem dlaczego ten as był taki ważny, może dlatego, że musiał mieć dwa doły.

Słupy stanęły ale przecież to nie wszystko, bo gdzie druty, gdzie światło w domu?

– Zobaczycie, od tego światła to się domy będą palić. A jak pioruny w to lubią walić!

– Zobaczycie jak przyjdzie płacić. Jeszcze będziecie się przepraszać z latarniami.

-Dziecka się pozabijają. Jak się dotknie do prądu to kaleka albo trup.

Mężczyźni siedzieli w izbie u babci i jedli zupę grochową. Dobrą, dziękowali i prosili o dokładkę. Śmiali się głośno mówiąc, że na przyszłe lato będzie we wsi więcej dzieci a potem już nie bo już nie będzie tak ciemno w domach.

Przymocowali do ścian metalowe rurki a koło drzwi w kuchni licznik. W każdym pomieszczeniu po jednym gniazdku i po jednej żarówce. Czarne pokrętła przy drzwiach. Dzieciom nie wolno dotykać! Oj, moje dzieci nie są głupie, co im mam bronić – Mama wzruszyła ramionami.

– Pierwsze co sobie kupię to elektryczną maszynkę, żebym w nocy nie musiała grzać mleka na tej spirytusowej. Potem pralkę, tak, pralka najpilniejsza.

– Motor, motor do maszyny do młocki, do rżnięcia drzewa, motor trzeba kupić – planował Dzadek.

– Mamo, a radio, a telewizor?

– A może kiedyś, za 10 lat Tata wam kupi, mnie nawet nie pytajcie o takie rzeczy.

– Ale po co wam telewizor, w tej paryi żadna antena nie złapie sygnału..

 

 

 

 

 

 

podaruj sobie spokój

Milczałam bo taki mam sposób na żałobę. Jedni stawiają na portalach okolicznościowe znicze, inni piszą o swych uczuciach czasem nawet wadząc się z Bogiem czy z Losem a ja milczę. Żałobę noszę w sercu choć nie wiem, czy to uczucie mogę nazwać żałobą. Gdy odchodzi ktoś bliski to płaczę, długo nie mogę się pogodzić z jego odejściem a nawet jestem zła i rozczarowana, potem długo, długo boleśnie tęsknię. Ale przecież inne jest pożegnanie osoby, która nosiła mnie na rękach a inaczej żegnam postać, której nie znałam wcale i widziałam tylko w telewizji. To raczej infantylne, ale dość wyraźnie dzielę życie na realne i wirtualne i śmierć autora, aktora, polityka czy piosenkarza nie jest dla mnie taka oczywista bo przecież widzę go tak samo jak dotychczas, gra swoją rolę, śpiewa, opowiada.

Taka młoda. Matka.

Przypomniałyśmy sobie, że jesteśmy matkami. Przypomnieliśmy sobie, że mamy matki.

Pewnie to nic niezwykłego, myślę, że prawie każda z nas tak ma – patrzymy na śpiące, bezbronne dziecko i myślimy sobie – żeby mi się nic nie stało, zanim ono urośnie.

Myślimy o naszych matkach nie zawsze najlepiej. Bo faworyzuje brata czy siostrę, bo dokucza, nie widzi tego co dobre tylko wytyka błędy. Bo zamiast okazywać anielską cierpliwość nieraz  wrzasnęła „a w tyłek chcesz” i robiła wszystko to, czego idealne matki robić absolutnie nie powinny.

No właśnie. Jaka jest ta idealna matka. Nadczłowiek bezgranicznie poświęcający się potomstwu. Perfekcyjnie dbająca o dom, o gniazdo. Przykładna, wszak tylko przykładem się wychowuje.

Zwyczajna kobieta, szarpiąca się z codziennością. Zadzwoń do mamy.

wspomnienia uczennicy

DSCN1414

Budynek szkolny stał na wzgórzu w centrum wsi, w pobliżu był kościół, dom nauczyciela i klub rolnika. Aby zdążyć na ósmą, należało wyjść z domu najpóźniej piętnaście po siódmej. Szło się najpierw ścieżką koło lasu, potem wzdłuż wąwozu prowadzącego w dół, przez mostek, koło rzeczki aż wychodziło się na asfaltową szosę dzielącą wieś na pół. Potem droga wiodła pod górę, mijało się dwie kapliczki i wreszcie docierało się do skrzyżowania – z prawej strony był kościół, z lewej szkoła.

Był to niewielki, piętrowy blok z płaskim dachem. Na dole, oprócz klas, znajdował się pokój nauczycielski, pokój dyrektora, sala gimnastyczna i kuchnia, służąca w letnie miesiące kolonistom.

Zapisy odbywały się w pokoju dyrektora. Na stoliku pod ścianą leżały kartki i kredki. Niektóre kartki były porysowane i pokreślone. Pan dyrektor miał krzesło za biurkiem pod oknem, obok niego siedziała nauczycielka. Stałam przy stoliku patrząc na rysunki. Mama rozmawiała z dorosłymi a ja miałam coś narysować, ale nie wiedziałam, co. Wreszcie mama odwróciła się i widząc, że nic nie rysuję, szepnęła – podpisz się córeczko na czystej kartce i wystarczy.

Nie było linijek ani kratek. Nagryzmoliłam swoje imię i nazwisko u samej góry ale wyszło krzywo i zaczęłam płakać.  Łzy leciały mi jak groch i dyrektor zauważył to. Wstał zza biurka, podszedł do mnie i zapytał, dlaczego płaczę. Bo krzywo – wyjąkałam. Sięgnął na biurko i czerwonym długopisem postawił mi wielką na pół kartki piątkę. Mama stwierdziła, jakby to było oczywiste – ona już dawno umie czytać i pisać, starsze ją nauczyły.

Co ty dziecko będziesz robić w pierwszej klasie – westchnął dyrektor.

Na korytarzach pod ścianą klasy stały zielone szafeczki na buty a obok nich przybite były wieszaki.  Przy wejściu na korytarz czuwali dyżurni pilnując, aby dzieci zmieniały obuwie. Potem z butami w rękach szliśmy po schodach, chowaliśmy buty do szafek, wieszaliśmy kurtki na haczykach i szliśmy do swojej sali. W klasach koło pieca ustawiony był taboret a na nim blaszana miednica z wodą.

W holu również stał duży piec, na przerwach oblegany przez starszych uczniów, choć pieców nie wolno było dotykać. Paleniem zajmował się pan Daniel, czasem na nas krzyczał, że jak któreś otworzy drzwiczki to ogień wypadnie i momentalnie spali szkołę.

Ubikacje mieściły się w niewielkim baraku za szkolnym boiskiem. Korzystało się z nich wyłącznie wtedy, gdy było to absolutnie konieczne. Należało zmienić buty i biec wzdłuż ściany, przejść obok boiska i dopiero docierało się do celu. To było straszne miejsce. Drzwi nie miały klamki tylko skobel i były ciężkie i duże. Pewnie były normalne, ale ja przecież miałam siedem lat, więc dla mnie były ogromne. Strasznie się bałam i brzydziłam. Tam było ciemno i cuchnęło odchodami i jakimś nieznanym mi żrącym smrodem. Wchodziło się do wąskiego korytarzyka. Po prawej stronie były kabiny. Znów trzeba było otwierać drzwi, które od środka zamykały się na haczyk. Ubikacje zbudowano  z desek, w których wycięto otwór. Za wysoko jak na małe dziecko. Nigdy nie było żadnego papieru. Zawsze było straszliwie brudno, na desce i na podłodze leżały odchody, zimną zamarznięte.

Wszyscy baliśmy się tego miejsca, strasząc się wzajemne różnymi opowieściami. Podobno jednej dziewczynce, kucającej na desce, wpadł do środka but. Ktoś inny pośliznął się i o mało się nie utopił. Chłopcy widzieli tam wielkie, wijące się robaki. Kogoś zamknięto i został tam na całą lekcję a kiedy wyszedł,  przez tydzień nie chodził do szkoły, tak chorował.

Teraz wiem, że w tych opowieściach mogła być prawda.

Poza tym strasznym wyjątkiem szkoła była dla mnie cudownym miejscem i kiedy kończyłam ósmą klasę, łzy leciały mi jak grochy tak samo,   jak w dzień zapisu.

one są z nami

P1080187Nie wiem, dlaczego Lem znalazł się w tym towarzystwie. Przypadek.

Brałam udział w zabawie polegającej na wymienieniu dziesięciu książek, które w jakiś sposób wpłynęły na moje życie lub choćby zostały wraz ze mną, niekoniecznie na półce. Należało wpisać tytuły bez zastanowienia i tak właśnie zrobiłam, dopiero znajomi uświadomili mi, że o własnej książce zapomniałam. Prawda, nawet jej nie mam na półce. Krzysiek ma, jedna w domu przecież wystarczy.

 „Dzieci z Bullerbyn” przeczytałam, zanim poszłam do szkoły. Któraś siostra przyniosła z biblioteki i zanim zdążyła zabrać się za lekturę, byłam pierwsza. Umiałam czytać dość wcześnie, siostry mnie nauczyły, ciągle bawiłyśmy się w nauczycielkę i dzieci. Nauczycielka tak się wczuła w rolę, że do dziś nią jest.

Kiedy nie miałam pod ręką książki czy gazety, czytałam instrukcje, regulaminy, rozporządzenia i ogłoszenia.

W życiu człowieka przychodzi czas, gdy znów może czytać dziecinne bajki i wierszyki i bawić się klockami i lalkami. Na półce nad łóżkiem syna były bajki, baśnie i bajeczki, wiersze i wierszyki, ale dziecko ukochało przygody Koziołka Matołka i po kilku miesiącach mogliśmy każdą zwrotkę recytować w środku nocy. Syn również. Na drugim miejscu była zabawna bajka o smokach, które nosiły na szyjach termosy z ogórkową zupą. Zapomniałam i nazwisko autorki, i tytuł, natomiast doskonale pamiętam wybuchy śmiechu podczas lektury.

Było takie lato w moim życiu, kiedy musiałam siedzieć w domu i pilnować remontu. Dostałam wówczas „Sagę o Ludziach Lodu”, 47 tomików. Czytałam, śniłam o czarownicach i czarach, szukałam w atlasie dróg, którymi wędrowali bohaterowie. Jesienią skończył się remont a u mnie na półce pojawiły się podręczniki o wróżeniu i czarowaniu. Znalazły się nawet karty do tarota. Stałam się już na zawsze wiedźmą.

Czy zdarza się Wam żałować, że obejrzeliście jakiś film albo coś przeczytaliście niepotrzebnie ? Nie z powodu straconego czasu. Z innych powodów. Teraz już umiem porzucać taką pozycję i nie wracać do niej. Zanim jednak się tego nauczyłam, przeczytałam dwie książki, które dotkliwie mnie zraniły. Pierwsza to „Droga”, druga to „Łaskawe”.

Zapraszam do zabawy tych, których nie zaprosiłam na fb. Jeśli macie ochotę, wymieńcie bez dłuższego zastanowienia kilka książek, które w jakiś sposób wpłynęły na Wasze życie.