pierwszy wpis w 2018

Odkryliśmy karton z bardzo starymi grami i nawet jedną z nich udało się uruchomić na starym pececie. Bo ja swojego laptopa dla takich  rzeczy nawet nie dam dotknąć, wiadomo. No i Krzysiek gra zawzięcie w arkanoid i klnie jak szewc. Dziwne to bo on zazwyczaj jest człowiekiem opanowanym i panuje nad językiem. To jest prosta gra zręcznościowa, nie trzeba przy niej prawie wcale myśleć. Przypomniało mi się, że dawno temu ja również w to grywałam, ale to było naprawdę dawno. I jeszcze lubiłam grywać na fliperach, było kilka takich gier które przeszłam od początku do końca. Miałam zdrowie i kondycję, a przede wszystkim zdolność do szybkiej regeneracji bo grało się w nocy.

I tak patrzę na tego Krzyśka który strzela i klnie i mówię – jak to dobrze że Łukasz ma córkę to przynajmniej nie będzie się martwił że dziewczyna grywa po nocach zamiast się uczyć.

– A jak będzie taka jak babcia?!

 

Reklamy

alergia nie tylko na kota

Olena pisze –

21 lat temu przeżywałam ogromne rozterki i wewnętrzny dramat. Okazało się, że moja wtedy niespełna 2 letnia córeczka ma alergię na kota. Kot był już członkiem naszej rodziny, nie wyobrażałam sobie wychowywania dziecka bez otoczenia zwierząt. Córeczka była wątłego zdrowia, była dzieckiem specjalnej troski (dziecięce porażenie mózgowe) – wiadomo, że matka zrobi dla dziecka wszystko. Z wizyty u alergologa wyszłam z toną recept i zaleceniami: w domu zero zwierząt, zero kwiatów, zero firanek, zero tapicerowanych mebli, dziecko zero przedszkola, spacery tylko po deszczu. Słowem: zamknij dziecko w sterylnym akwarium.
No niby zalecenia lekarskie… ale ja zawsze jakaś taka okoniem stawająca jestem, poszłam na konsultację do innego lekarza. No i trafiłam na cudowną Panią Doktor. Była swego czasu przez wiele lat ordynatorem w Centrum Zdrowia Dziecka. Powiedziała, że owszem, mogę się jak najbardziej zastosować do tych wszystkich zaleceń. Uda mi się zamknąć dziecko w sterylnym akwarium załóżmy do 7 roku życia – potem pójdzie do szkoły. I co się stanie? Pójdzie do koleżanki, która ma zwierzaka. Pogłaszcze kota na podwórku. Zadała mi pytanie: jak pani myśli, jak zareaguje na alergeny dziecko, które przez całe życie było przed nimi sztucznie chronione?
Kota została w domu, moja córa jest dziś 23 letnią zdrową kobitką (poza alergią wiosenną na TRAWY i PYŁKI), w domu mamy PIĘĆ kotów, które córki nie uczulają. Czasem córka po pobycie u znajomych z „obcym” kotem przychodzi zakatarzona i z zaczerwienionymi oczami – na obce sierści reaguje. Podobno z alergenami jest jak z homeopatią – trzeba organizm do nich przyzwyczajać. Olena.

 Komentarz Olena napisała na TYM blogu w związku z dyskusją o alergiach.

Miałam bardzo podobną sytuację. Wiele lat temu syn był faszerowany antybiotykami, sterydami, woziliśmy go do Wieliczki pod ziemię zimą i nad morze latem, za noc bez kaszlu zrobiłabym wszystko. Ale intuicyjnie czułam, że nie da się żyć pod kloszem, izolować się i dzień w dzień szorować, prać, odkurzać i dezynfekować całego domu. Firanki i dywany wyrzuciłam bez żalu ale przecież nie mogłam żądać od rodziny i znajomych, by zrobili to samo. A jak mogłabym się pozbyć psa, którego mieliśmy od szczeniaka?

To były lata, gdy ludzie się jeszcze nie izolowali, dzieci mogły chodzić do sąsiadów i razem się bawić w domach i na podwórkach, zakaz wyjścia z domu był dotkliwą karą.

Syn brał udział we wszystkich szkolnych wyjazdach. Pewnie że się bałam i martwiłam. Ale jakie miałby życie, gdybym nie pozwoliła na te wszystkie wycieczki i zielone szkoły? Wszyscy na wycieczkę a on ma siedzieć w domu bo jest alergikiem?

Ale miało być o kotach. Rodzina decyduje się na kota a potem go oddaje mówiąc, że ktoś ma alergię. Jakie to popularne. To ja się pytam – czemu nie poszliście do kogoś, kto ma w domu kota, a najlepiej dwa? Wygłaskać zwierzę, przytulić (jak się da, mój na widok gości zwiewa choć jednak niektórym pakuje się do łóżka) posiedzieć w takim mieszkaniu. I od razu wiadomo, czy wyjdziecie ze spuchniętym od kataru nosem.

zaradność przedsiębiorczość twórczość czyli ZPT

P1080512Nie lubię manualnych zajęć – szycia, dłubania szydełkiem, wycinania, klejenia, naprawiania. Znam podstawy robienia na drutach, szydełkowania, wiem, jak się szyje na okrętkę i co to jest fastryga, ale już maszyny do szycia obsługiwać nie potrafię. Znam podstawy  ponieważ  nauczyłam się  tego w szkole podstawowej.

Młodsze dzieci miały prace ręczne, w starszych klasach były poważniej brzmiące zajęcia praktyczno-techniczne lub wychowanie techniczne.

Kto nie pamięta chwili, gdy na pięć minut przed wyjściem do szkoły dziecko nagle oznajmia, że ma przynieść patyczki, bibułę, słomę, nici, igłę, tekturę i sto innych potrzebnych rzeczy? Młodsze klasy robiły ozdoby, laurki, bibułkowe kwiaty, zakładki do książek..

Te zajęcia uczyły cierpliwości, ćwiczyły sprawność rączek a przede wszystkim pozwalały dzieciom tworzyć. Nie było gotowych do wycięcia lub odklejenia wzorów, nie używało się wykrojników – wszystko, co powstało, zależało od dziecka, każda praca była inna a dzieci naprawdę się starały bo za byle jak pomazaną kartkę piątki nie było. Na piątkę trzeba się było napracować.

W starszych klasach uczyliśmy podstaw szycia i  gotowania, chłopcy budowali karmniki, wiatraki i półki. To w szkole podstawowej nauczyłam się posługiwać igłą, szydełkiem i drutami. Nie lubiłam tych zajęć tak samo jak teraz. Moje ściegi były krzywe, nici poplątane, zamiast pięciu półsłupków robiłam dwie pikotki. Byłam niecierpliwa, denerwowałam się, nie wychodziło mi najlepiej  ale podstaw się nauczyłam.  ZPT prowadziła wychowawczyni, nauczyciele nie byli przygotowywani do tych zajęć. Moja wychowawczyni była znakomitą psycholożką.

Część dzieci przynosiła z domu gotowe prace wykonane przez rodziców. Pamiętam takie zdarzenie – kolega przyniósł idealnie równo obrębioną chusteczkę z wyszytym w rogu kwiatuszkiem i już przed zajęciami chwalił się, że dostanie piątkę. Pani sprawdzając prace rzeczywiście dała mu taką ocenę mówiąc jednocześnie – widzę, że potrafisz to robić doskonale, dlatego proszę cię, weź chusteczkę Basi, która nie skończyła jednego brzegu i do końca lekcji obszyj tak samo, jak obszyłeś tutaj.

Od tego zdarzenia żadne dziecko nie pozwalało mamom na tego rodzaju pomoc.

Starsze klasy uczyły się podstaw czytania znaków technicznych, poznawaliśmy symbole umieszczane na różnych przedmiotach określające ich właściwości, uczyliśmy się też obsługiwania różnych narzędzi. Chłopcy z podstawówki potrafili naprawić stołek, dociąć prosto listwę czy zamocować półkę.

Dorośli mężczyźni mieli swoje warsztaty w garażach lub w piwnicach. Były tam latami gromadzone „przydasie”, takie miejsca były też dla mężczyzny rodzajem azylu, trzymał tam swoje skarby wiedząc, że to miejsce należy wyłącznie do niego.

Teraz są jednorazówki. Nie opłaca się naprawiać, zszywać, przerabiać. Ludzie nienauczeni cierpliwości i zaradności wolą wyrzucać i kupić nowe. Nie mają czasu, bo muszą pracować, pracują, by kupować. Nieliczni potrafią odnowić krzesło, skręcić meble, uszyć zasłony. Nieliczni wiedzą, jaka to radość i satysfakcja. Bo takie rzeczy tylko dla wtajemniczonych.

w krakowskim markecie pracują małe dzieci!

na blog

 

Bulwersujemy się i oburzamy na państwa zatrudniające dzieci a co się dzieje u nas? To zdjęcie zrobiłam dzisiaj w jednym z największych krakowskich sklepów. Na kasach pracują małe dzieci!

Mam nadzieję, że udało mi się Was zainteresować tematem w stylu iście onetowskim;)).

Bardzo podobała mi się dzisiejsza akcja w Galerii Bronowice. Dzieci bawiły się znakomicie. Maluchy miały możliwość obsługiwania prawdziwego kasjerskiego stanowiska i robiły to z takim zapałem, że aż się boję, aby to nie była praca ich marzeń.

tylko czasem ludzie..

Dobra Kobieta nie mieszka w Polsce od bardzo dawna, całe swoje dorosłe życie spędziła w kraju, który przyjął ją dobrze, zaufał jej tak, jak ona zaufała jemu. Dali sobie wzajemnie wszystko, co najlepsze – tamten kraj dał jej dom, pracę, poczucie bezpieczeństwa i wreszcie mężczyzn, których kocha nad życie – męża i synów. Dobra Kobieta nie oddała się tamtemu krajowi do końca. Choć nie żyje w rozkroku to jednak mówi, że ma dwie ojczyzny. Przyjeżdża do Polski co kilka lat, podziwia zmiany na lepsze i stara się nie pamiętać tego, co ją wygoniło.

Ma w Polsce rodzinę, której nie wiedzie się najlepiej. Ale najgorzej też nie. Przez wiele lat starała się pomagać, wysyłała paczki i pieniądze aż któregoś razu uznała, że już wystarczy, nie jest ani Mikołajem, ani dobrą wróżką, jest tylko ciotką. W ten sposób zmieniła się z Dobrej w Złą.

W tym samym czasie odezwał się do niej kolega z podstawówki. Trochę ją to wzruszyło i trochę zdziwiło, od dawna już nie dostała papierowego listu.

Miesiąc temu zmarła Basia, moja ukochana żona. Byłem zdesperowany, sprzedałem prawie wszystko, zadłużyłem się,  pieniądze poszły na leczenie. Zostawiła mnie z czwórką dzieci, sam drobiazg. Jeśli masz jakieś rzeczy po swoich chłopcach, przyślij mi, wszystko się przyda.

Wcześniej już nieraz dostawała różne prośby o wsparcie, ale od znajomej osoby jeszcze nigdy. Miała ochotę natychmiast jechać do marketu, zrobić zakupy, może zorganizować jakąś zbiórkę, coś trzeba zrobić, coś robić!

Nie była znów taka naiwna, o, nie. Już wiedziała o zjawisku nazwanym „oszustwo miłosierdzia”. Sama kilka lat temu litowała się nad biedną, schorowaną kobietą, która dla większego efektu goliła sobie głowę i wstawiała zdjęcia na popularny portal. Potem jej choroba okazała się wielką mistyfikacją.

Takie rzeczy trzeba sprawdzać, można zadzwonić do parafii, można napisać do ośrodka pomocy społecznej. Dowiedzieć się, jak się sprawy mają.

Ksiądz potwierdził – tak, pochował Basię, został wdowiec z czwórką dzieci, nie jest lekko. Tak samo powiedziała pani z gminy. Jest potrzebna pomoc.

Dobra Kobieta zorganizowała wśród znajomych zbiórkę, wkrótce do Polski trafiły paczki z odzieżą, z zabawkami, z kosmetykami i z przysmakami. Podziękowaniom nie było końca. Wśród podziękowań znalazła się też informacja o rozmiarach odzieży i obuwia. I bardzo dobrze, co wdowiec miałby robić z rzeczami, które na jego pociechy nie pasują?

Trwało to trzy lata, paczki szły średnio co kwartał. Dzieci rosły więc co jakiś czas zmieniały się potrzebne numery butów, kurtek i spodni. Dobra Kobieta czytała listy, gromadziła  rzeczy, pakowała, woziła na pocztę.

Pewnego lata przyjechała do Polski. Myślicie, że zamierzała odwiedzić rodzinę, którą się opiekowała? Skądże, przecież to byłoby dla nich krępujące. Nie widziała się w roli dobrodziejki ani nie chciała nikogo stawiać w niezręcznej  sytuacji. Ale i tak się wszystkiego dowiedziała.

 Bardzo dobrze, że do nich nie pojechała, bo nie wie, co miałaby zrobić, gdyby stanęła przed drzwiami wdowca-pijaka, który nigdy się pracą nie skalał, który nie troszczył się o żonę ani przed, ani w czasie choroby.   A tam nowa kobieta z nowym dzieckiem a sieroty w domu dziecka od ponad dwóch lat. A co robił z paczkami? Handlował na bazarze, z czegoś trzeba żyć.

Żegnaj Dobra Kobieto, szczęśliwej podróży,  to jest piękny kraj tylko czasem ludzie..

co dostaliście na komunię?

Bywają  tematy uniwersalne, doskonale łączące pokolenia, przy których można się powygłupiać nie zważając na trzydziestoletnią różnicę wieku. Prawie w każdej rodzinie wcześniej czy później, przeważnie później, pada pytanie – a ciekawe co się stało z moimi komunijnymi pieniędzmi?

Dostałam na komunię zegarek z białym paskiem i czekoladę. Zegarek był ręcznie nakręcany i służył mi bardzo długo, nie wiem, co się z nim stało, pewnie się zepsuł albo go zgubiłam, trudno. Ale czekoladę zeżarły mi siostry i co z tego, że minęło ponad czterdzieści lat? Do dziś im to pamiętam! Od chrzestnej dostałam, i jeszcze pod opakowaniem były wsunięte pieniądze. I ani czekolady, ani pieniędzy. Skandal! Choć jak się tak zastanowiłam to no dobra, wybaczam Wam, od tamtej pory zjadłyśmy wspólnie niejedną czekoladę.

Uprzedzam, teraz będą opisy patologicznych czynów, nie róbcie tego własnym dzieciom bo Was mogą podać do sądu za zmarnowane dzieciństwo.

Jedna matka wszystkie  pieniądze komunisty zaniosła dentyście, który potem przez wiele tygodni pracowicie znieczulał, wyrywał, borował i lakował zęby dziecka do ostatniej rysy. Te plomby przetrwały dwadzieścia lat, więc można to od biedy nazwać inwestycją.

Inny ojciec w trosce o zdrowie synka wyprowadził z domu rower-nówkę i chcąc go wypróbować, rozpędził się z górki i wyrżnął w drzewo. Ojcu nic się nie stało, rower rozsypał się w drobny mak. A gdyby tak synek jechał na trzeźwo (dziesięciolatki raczej się nie upijają) to na pewno by się połamał.

Bywają też rodzice wspaniałomyślni, pozwalający wydać dzieciom pieniądze na co tylko chcą. I tak pewna dziewczynka przehulała połowę kwoty, fundując jednego dnia lody dzieciom z całego osiedla.

A jak tam było u Was?;)

„nie można być aniołem w kościele a diabłem w szkole”

Czy zastanawialiście się kiedyś, jakie są obowiązki ministranta? Ja nie. Widywałam ich asystujących księdzu w kościele, rozmawiałam z nimi, kiedy przychodzili po kolędzie,  ale osobiście nie znam żadnego. Dlatego w tym roku skorzystałam z okazji i kiedy czekaliśmy na proboszcza, zadałam kilka pytań.

Byli bardzo grzeczni, w rozmowie ładnie budowali zdania, odpowiadali bez namysłu, nie przerywali sobie. Sądzę, że są dobrymi uczniami. Mogli mieć 11-13 lat.

Kandydatem na ministranta można zostać już po pierwszej komunii. Trzeba systematycznie chodzić na nabożeństwa, być dobrym uczniem i dobrze się zachowywać. Kiedy zostaje się ministrantem, podejmuje się obowiązki.

Służymy przy ołtarzu dwa razy w tygodniu, do tego  dochodzą niedziele, są jeszcze pogrzeby i śluby. Jest to pewne obciążenie, trzeba być systematycznym a ministrantem jest się wszędzie tak, jak harcerzem, nie można być aniołem w kościele a diabłem w szkole albo w domu.

Jeśli mamy za dużo obowiązków, możemy o tym powiedzieć księdzu i nie musimy od razu rezygnować z ministrantury, mamy wtedy mniej dyżurów, na przykład kolega, który dojeżdża do szkoły w Krakowie, służy do mszy tylko w niedzielę bo nie ma innej  możliwości. Ja mam wieczorem angielski więc odpadają teraz wieczorne msze, chodzę rano.

Kiedy zostałem lektorem i pierwszy raz czytałem, byłem szczęśliwy widząc mamę, której sąsiadki gratulowały i chwaliły mnie. To miłe uczucie widzieć rodziców i dziadków   takich dumnych  i  szczęśliwych z mojego powodu.   

W szkole nie mamy żadnych przykrości, jesteśmy usprawiedliwieni,  kiedy opuszczamy zajęcia z powodu służby. Sami decydujemy, co jest ważniejsze, jak na przykład miałem ważny sprawdzian to nie chodziłem po kolędzie.

Dostajemy pieniądze, słodycze i owoce. Wszystko to trafia do wspólnej puli. Kilka razy do roku wyjeżdżamy na obozy w góry i nad morze, teraz w ferie mamy jechać na kilka dni do Wisły. Opiekują się nami wolontariusze z Caritasu. Jest zawsze fantastycznie, już się nie możemy doczekać tego wyjazdu.

Nikt nam nie kazał zostać ministrantem, chcemy służyć Bogu i ludziom, nie da się tego robić na przymus ani z innych pobudek, na przykład licząc na przywileje i korzyści.

A co na to ksiądz proboszcz?

Mamy wspaniałą młodzież, pełną zapału, przychodzą do mnie z coraz to nowymi pomysłami, organizują jasełka, akcje charytatywne, budują dekoracje i pracują w różnych fundacjach.

Od kilku lat piszę na blogach i w lokalnej prasie – mamy wspaniałe dzieci, a jeśli narzekamy to pamiętajmy – to nasze pokolenie je wychowało.