elektryfikacja

Mama stała przy sklepie trzymając na rękach malutką Marysię. Ja stałam obok niej, ściskając rączkę Ledy. Takie imię nadałam dwuletniej siostrze, którą musiałam się bezustannie opiekować. Mama miała Marysię a ja miałam Ledę. Starsze siostry uciekały z koleżankami albo zajęte były pracą w polu a ja byłam od kołysania i pilnowania małych.

Mama szła z nami od lekarza i przystanęła przy sklepie, pewnie żeby coś kupić dzieciom albo może mnie, zawsze byłam grzeczna i czasem coś dostawałam od Mamy, która bardzo często zabierała mnie z sobą, gdziekolwiek jechała.  Od sióstr dostawałam najczęściej stare ciuchy albo po łbie.

Prąd będą robić we wsi ale u was to chyba nie zrobią – zaczepiła nas gruba, czarnowłosa kobieta zwana Kolącą Różą.

– U nas nie zrobią? A to czemu  – zdziwiła się Mama.

– Nie zrobią, do takiej paryi to musieliby ciągnąć z dziesięć słupów, a poza tym to po co wam prąd, co sobie do niego włączycie? – zakpiła Koląca Róża.  Ja to już dawno mam kupioną pralkę, żelazko i nawet radio. Jak tylko zrobią to będę mieć wygodę!

A miej, co mnie to obchodzi – odparła Mama. Dzieciom będzie widniej czytać, ta mała już całymi dniami siedzi przy książce – pochwaliła się wskazując na mnie a ja urosłam z dumy co najmniej o kilka centymetrów.

Szłyśmy powoli pod górę bo Leda płakała, że ją bolą nogi a ja nie miałam sił jej nieść, byłam na to za mała. Mama niosła Marysię i jakieś zakupy i tak co kawałek siadałyśmy na brzegu i wspominałyśmy jak to było na Zachodzie. Mama tam mieszkała a ja byłam może ze dwa razy, ale pamiętam, że zachowałam się jak zdrajca rodziny mówiąc cioci Guście – ja tu chcę mieszkać! A dlaczego? Bo macie światło i wody nie trzeba nosić. Tylko małe dzieci potrafią być takie szczere. O Boże jak się wtedy wszyscy śmiali.

Mama, wychowana na Zachodzie doskonale wiedziała, jak prąd ułatwi nam życie i walczyła o podłączenie ze wszystkimi, nawet nie wiedząc, że nie musi, że to tylko głupie zawistne gadanie ludzkie.

– Jak trzeba będzie to same wykopiemy doły pod słupy! Kazik nie pomoże bo jest tylko na niedzielę – dodawała od razu.

Doły pod słupy prowadzące do gospodarstwa każdy musiał kopać sam a nasz domek był daleko od innych, dalej już tylko las.

Elektrykom wieś ma zapewnić obiad i nocleg, tam gdzie robią tam będą jeść  i spać!

Jeść im mogę dać ale spać to mogą jedynie w stodole – zasmuciła się Mama. Ja ich mogę przenocować – zadeklarowała się wesoła, uśmiechnięta gospodyni  z Ratówek.  U nas jest dwie izby a dzieci tylko dwoje więc elektrycy mogą w jednej izbie spać.

A do stodoły pójdą spać z dziewuchami od Maryśki – dodała   chuda ze złości żona Furmańcyka.

Jak człowiek jest grubszy to się częściej uśmiecha i jest zadowolony z życia, a chudy to ma zęby ze złości na wierzchu. Tak mówiła jedna pani z Koszar, ale ja nie wiem czy to prawda.

Aż wreszcie doły na słupy zostały wykopane, najwięcej u nas, bo końcówka i as. Do dziś nie wiem dlaczego ten as był taki ważny, może dlatego, że musiał mieć dwa doły.

Słupy stanęły ale przecież to nie wszystko, bo gdzie druty, gdzie światło w domu?

– Zobaczycie, od tego światła to się domy będą palić. A jak pioruny w to lubią walić!

– Zobaczycie jak przyjdzie płacić. Jeszcze będziecie się przepraszać z latarniami.

-Dziecka się pozabijają. Jak się dotknie do prądu to kaleka albo trup.

Mężczyźni siedzieli w izbie u babci i jedli zupę grochową. Dobrą, dziękowali i prosili o dokładkę. Śmiali się głośno mówiąc, że na przyszłe lato będzie we wsi więcej dzieci a potem już nie bo już nie będzie tak ciemno w domach.

Przymocowali do ścian metalowe rurki a koło drzwi w kuchni licznik. W każdym pomieszczeniu po jednym gniazdku i po jednej żarówce. Czarne pokrętła przy drzwiach. Dzieciom nie wolno dotykać! Oj, moje dzieci nie są głupie, co im mam bronić – Mama wzruszyła ramionami.

– Pierwsze co sobie kupię to elektryczną maszynkę, żebym w nocy nie musiała grzać mleka na tej spirytusowej. Potem pralkę, tak, pralka najpilniejsza.

– Motor, motor do maszyny do młocki, do rżnięcia drzewa, motor trzeba kupić – planował Dzadek.

– Mamo, a radio, a telewizor?

– A może kiedyś, za 10 lat Tata wam kupi, mnie nawet nie pytajcie o takie rzeczy.

– Ale po co wam telewizor, w tej paryi żadna antena nie złapie sygnału..

 

 

 

 

 

 

Reklamy

kopiuj wklej

Kiedy Kamil odebrał kolejny raz prywatny telefon, pani Halinka nie wytrzymała – a  pan to pracuje w infolinii erotycznej czy w uczciwym biurze? – spytała, poprawiając beret. Spod beretu wystawały zielone części rośliny, które pani Halinka wkładała sobie do uszu w celach leczniczych. Nie każdemu się to podobało a zwłaszcza tej nowej kierowniczce, która na leczniczych właściwościach geranium się nie znała i na pracownicę z liściem w uchu kręciła nosem mówiąc, że w biurze pracownik ma wyglądać poważnie, budzić strach i respekt a trawę trzyma się w domu a nie w firmie.

Nie wiem czy pamiętacie, ale z tym to akurat pani Halinka nie miała problemu bo wystarczyło, że weszła do budynku a już zamarzała woda w toalecie, przygasały światła a petenci czekający na korytarzu odmawiali ukradkiem „wieczne odpoczywanie”. Taki liść w uchu mógł ocieplić wizerunek urzędu ale niestety pani Halinka musiała naciągać beret głęboko na uszy, tak miała nakazane.

Kamil burknął coś  o niewyżytych erotomankach mających tylko jedno na myśli ale Halinka tego nie słyszała, miała wszak w uszach geranium.

W firmie wiadomości przekazywało się tradycyjnie, czyli Ela do Gośki, Gośka do Tomka, Tomek do Uli i tak od pokoju do pokoju, ważniejsze wieści przynosił sekretarz  razem z pocztą. Rzucał na biurka zwrotki, listy służbowe i listy miłosne a dodatkowo mówił o nadciągających zmianach.

Działo się  to w  tym strasznym dniu, gdy stężenie smogu przekroczyło normę o kilkaset procent, smok wawelski wypuścił z pyska ostatni jęzor ognia i zdechł,  w Sukiennicach kapela zagrała „Warszawo ty moja Warszawo”, nad Plantami krążyły sępy a po Plantach krążyła jak sęp pewna  wyrzucona z pracy blogerka  i przysięgała zemstę, czyli opisanie wszystkiego na blogu, który ma na razie 50 odwiedzin w tygodniu ale wkrótce licznik zacznie się kręcić jak szalony wiadomo dlaczego.

W tym dniu pani Halinka dowiedziała się, że jej komputer idzie do informatyków i jeśli chce zachować coś, nad czym aktualnie pracuje to musi sobie zrobić kopię. Komputer został zabrany, na jego miejscu stanął zastępczy laptop i urzędniczka poprosiła kolegę Kamila, aby podpiął do niego myszkę bo to szalenie ważne. Kamil jest kolegą niesłychanie uczynnym, porzucił telefon  i wykonał prośbę koleżanki choć był na nią zły o tę infolinię, bo przecież nie gadał z dziwkami tylko z żoną. Cudzą, ale co to kogo obchodzi, pytam się?

Trwało to godzinę albo dłużej. To, czyli przekleństwa. Najpierw ciche, rzucane przez zęby, potem coraz głośniejsze. Bordowy beret powoli równał się kolorem z twarzą pani Halinki i głowa wystająca zza biurka wyglądała trochę jak burak z zielonymi listkami po boku.

Kurwa, kurwa, szatan, nie wytrzymam, gdzie to jest! – wrzasnęła w końcu pani Halinka, szczycąca się znajomością komputerów od początku. (Ja tu byłam od początku  jak jeszcze nie było komputerów, wszystkiego nauczyłam się sama i nikt mi nie będzie mówił co mam robić.)

Czego pani szuka? – spytał ostrożnie Kamil bojąc się, że czeka go reanimacja bliskiej zawału koleżanki. Wolał pokazać jak się robi tabelkę niż uciskać mostek, proste.

– Bo miałam tu raport! Zanim oddałam komputer zrobiłam sobie kopię tu a nie ma, zginął, pewnie jakiś wirus go zeżarł, jak zwykle. Wszystko ginie przez te wirusy.  Tu miałam –   i wskazała na myszkę.

Jak to tu?- nie ogarniał chłopak.

– Tu, przecież wiadomo, że jak się coś zaznaczy  i da „kopiuj” to to się przesyła do myszki, potem wystarczy w nowym miejscu, na przykład w innym komputerze,  kliknąć prawym i dać „wklej” i już. Ja tak zrobiłam a teraz klikam ale oczywiście nie ma mojego raportu, w dupie to mam, idę na zwolnienie!

Dramat w Bronowicach

(tytuł musi być chwytliwy)

Do Bronowic można dojechać tramwajem. Nie licz przystanków, po prostu wysiądziesz kiedy usłyszysz komunikat „koniec trasy”. Jeśli przejdziesz przez tory tramwajowe i zejdziesz po schodach w dół, trafisz na typowe osiedle – blok przy bloku, market, szkoła, przedszkole, wąskie uliczki, chodniki przecinające trawnik wzdłuż i wszerz.

To nie są Bronowice, to Bronek albo Bronks. Wyspiański był na weselu po drugiej stronie torów kolejowych, bliżej Balic.

Osiedle nie jest nowe. W blokach zbudowanych czterdzieści lat temu mieszkają emeryci – dla nich przeniesienie się do bloku było awansem społecznym, teraz młodzi nie chcą mieszkać w ciasnych klitkach z kuchnią wąską jak tramwaj. Wynoszą się do ogrodzonych, strzeżonych osiedli na przedmieścia.

Moi bohaterowie mogliby mieć na imię Dżesika i Brajan ale wtedy kochani czytelnicy mielibyście wszystko podane na tacy, wszystko jasne, dlatego będzie Andżela i Oskar. Od razu mówię – nie, nie TEN Oskar. Niejedna róża w bukiecie niejeden Oskar na świecie.

Do brzegu daleko.

Andżela mieszkała w jednym z tych jednorodzinnych domków schowanych za ogrodzeniem obsadzonym tujami. Nie domyślicie się, tam prawie każdy ma tuje. Szybko rosną a jak uschną to się posadzi nowe. Domek jak domek, szału nie ma ale wstydzić się też nie ma czego. Koło domu kręciły się dwa koty i kosmaty owczarek. Owczarek przeważnie leżał na chodniku koło bramki, łeb miał złożony na łapach i tylko czasem podnosił głowę i uśmiechał się do przechodniów. Przeważnie jednak był zatroskany z powodu kotów, które łaziły gdzie popadnie. Musiał ich pilnować i zaganiać do domu. Wiadomo, wylezie taki na ulicę i po kocie i będzie na psa – jak pilnował?

To jeszcze nie ten dramat. Tak mi się pisze bo mam atak grafomaństwa.

Andżela chodziła do pobliskiego liceum. Rok. Potem zapisała się do szkoły kształcenia bezustannego czy coś w tym rodzaju. Bezustannie mogła imprezować i odsypiać, ale chyba nie o to chodzi w tym systemie kształcenia. Nie wiem dokładnie.

Ten tryb życia niesie same przyjemności i niezwykłe znajomości, tak myślę bo taka była jej znajomość z Oskarem, który w statusie na popularnym portalu miał zaznaczone „szlachta nie pracuje”.

Nie zawsze mieli pieniądze, nie chcieli jednak spędzać czasu na osiedlowych ławkach bo po pierwsze tam był monitoring a po drugie ławki te zajęte były przez ŻulJana i jego towarzystwo.

Na razie napisałam więcej o psie i kotach niż o bohaterach tej opowieści. O, właśnie, to o kota chodziło. Oskar wpadł na taki szatański pomysł. Bo w blokach mieszkają same stare babcie i dziadki, a jak wiadomo u takich ludzi rozrywki to głównie telewizja i kościół, jak nie wychodzą z domu to pieniędzy nie wydają a jak nie wydają to mają! Plan był taki – Andżela pożyczy Oskarowi kota a Oskar z kolegą będą chodzić po mieszkaniach i pytać, czyj to kot. To tak w skrócie. Nic z tego nie rozumiecie? Andżela też nie pojęła ale zgodziła się pożyczyć zwierzaka pod warunkiem, że na pewno wróci i nic mu się nie stanie. Bo jej matka wpierdoli jak się co przez nią zwierzakom stanie. (Brawo matka, jednak mimo bezustannych dyżurów w pociągach coś w związku z posiadaniem potomkini działała).

Oskarek przyszedł, wziął na ręce kota (bierzże tego burego, ten czarny wiecznie śpi nie wiadomo czasem czy żyje a ten bury ma kocie ADHD, pół roku u nas jest i cały czas demoluje dom, jak się przewietrzy to się uspokoi) i trzymając zwierzaka pod kurtką poszedł w kierunku bloków, gdzie już czekał na niego kumpel Wojtka.

Wjechali na trzecie piętro i zadzwonili do drzwi mieszkania pani Janiny. Jak się mieszka na jednym osiedlu od urodzenia to się zna wszystkie emerytki z imienia, z wyglądu a nawet po głosie. Ta pani miała głos piszczący przeraźliwie i kiedy Oskarek wygłosił wyuczoną formułkę „czy to nie pani kotka znaleźliśmy koło bloku biedny błąkał się a widać, że oswojony”  pani Janina nieoczekiwanie zawołała – ooooo, Mikuś, gdzieżeś ty był Mikuś! –  kocisko wbiło zęby w dłoń chłopaka, wyrwało się i w panicznej ucieczce pobiegło w głąb mieszkania.

Pierwotny plan był taki – Oskar zamierzał kota wypuścić i narobić zamieszania, w tym czasie kumpel Wojtka miał przeszukać torebkę, szafę i zamrażalnik, czyli miejsca, gdzie wszystkie emerytki chowają swoje skarby i obaj mieli wiać nie przejmując się burasem.

I teraz tak – Janina odzyskała Mikusia, Oskar ma spuchniętą rękę i ranę jak od żmii, kumpel Wojtka nic nie zdążył ukraść i nie wiadomo, czy matka jak wróci z dyżuru na kolei to nie wpierdoli Andżeli.

Inspirowałam się powieścią „ Betonowy pałac”.

najważniejsze jest dzisiaj

Grażyna zajmuje się sama sobą. Ma zawsze równiutko zaścielone łóżko, koło łóżka czysto – w innych pokojach na podłodze walają się różne śmieci – chusteczki, kawałki papieru, tabletki i nie wiadomo co (lepiej tego bez rękawiczek nie dotykać) a w pokoju Grażyny jest czysto. Na stoliczku stoi niewielki termos, w którym kobieta przynosi sobie z jadalni mleczną kawę.

Na szafce leży różaniec. Nie ma nic więcej – żadnych bibelotów, zdjęć, zaschniętych kwiatów, kosmetyków. Nic, czysty blat.

Kobieta jest zawsze schludna – umyta, uczesana, ma czystą odzież. Ładnie samodzielnie je i pije. Nie wymaga opieki, trzeba ją tylko zaprowadzić i odprowadzić na posiłki co czyniłam z przyjemnością i traktowałam jak zajęcie ulgowe w przerwie między wyciąganiem z łóżek i wsadzaniem na wózek innych podopiecznych, nie czarujmy się, w różnym stanie. Przeważnie takich  siostro wymień mi pampersa, zrób coś bo cały wózek mokry, muszę kupę natychmiast, gdzie mnie prowadzicie, co mi robicie. To rozumiecie, że przechadzka z Grażyną była nagrodą i przyjemnością.

Pewnego poranka weszłam do pokoju i jak zwykle z radosnym uśmiechem (co z tego, że niewidomy nie widzi, uśmiech słychać w głosie) i zobaczyłam, że na równiutko położonym kocu siedzi skulona podopieczna i płacze tak, że aż się jej trzęsą ramiona.

Mój Boże, co tu się stało, proszę nie płakać tylko mi opowiedzieć, na pewno coś poradzimy – zawołałam, ujmując kobietę za rękę. Tak trzeba, oni nie wiedzą, że jesteśmy obok, jeśli czują nasz dotyk to są spokojniejsi.

Jak było do przewidzenia, Grażyna rozpłakała się już na całego. Podałam kawałek ręcznika który wcześniej ukradłam innej pacjentce.

Nie śmiejcie się, odkąd przeżyłam akcję pt.  „niech mi ktoś natychmiast przyniesie rękawiczki” byłam niczym Janosik – jedni mieli dostateczną ilość papieru i ręczników a inni nie mieli nic, dlatego urywałam kawałek tam, gdzie mogłam i nosiłam w kieszeni na wszelki wypadek, te wypadki zdarzały się bardzo często.

Teraz proszę opowiadać – zarządziłam – bo nie zdążymy nie tylko na śniadanie, ale także na obiad.

Nie chcę jeść, nie chcę! – zawołała. Ale ja muszę nakarmić jeszcze innych pensjonariuszy, nie mogę teraz tu siedzieć – powiedziałam zgodnie z prawdą.

Przestała płakać.

Oni mnie posądzają o zalanie łazienki – chlipała. Ja się umyłam w zimnej wodzie w umywalce, nawet nie odkręcałam ciepłej, sama sobie piorę, sprzątam, wszystko koło siebie robię sama a oni na mnie krzyczą, że zapomniałam zakręcić wodę! – i tu znowu łzy niczym z tego odkręconego kranu.

Słyszałam jak tu ktoś wchodził ale przecież ja nie widzę, tu ciągle ktoś chodzi! – znów płacz.

To akurat jest prawda, w tym domu pacjenci chodzą sobie gdzie chcą a raczej nie wiedzą gdzie chodzą, na początku odprowadzając podopiecznego pytałam – a do którego pokoju? Do dziesiątki. Idziemy do dziesiątki i pytam – a które łóżko? To. Kładę panią (z trudem) a za chwilę okazuje się, że to nie ten pokój a pani nie pamięta jak ma na imię.

Ale przecież nic się takiego nie stało, to tylko trochę wody – bagatelizuję sprawę. Opowiadam o swoim przypadku, kiedy to zalałam gorącą wodą cały pion, od czwartego piętra do parteru. Grażyna przestaje płakać, uśmiecha się z niedowierzeniem. Tłumaczę, że wypadki z zalaniem zdarzają się każdemu, wodę się zbierze i już.

Ale oni mi nie wierzą – smutnieje. Ale ja pani wierzę – obejmuję jej ramię i idziemy na śniadanie.

A jak pani straciła wzrok – ryzykuję pytanie chcąc już całkiem odwrócić uwagę od tej nieszczęsnej wody. Opowiadała o tym milion razy więc nikt już nie chce słuchać a ja wysłucham, co mi szkodzi.

To dawno było, dostałam młotkiem w głowę – zaczyna a ja po chwili  przerywam przepraszając. Skończymy następnym razem , teraz trzeba karmić tych, co sami nie jedzą. Jeszcze mnie zatrzymuje –  naleje mi pani kawy do termosu? Pewnie że naleję.

 

dawno temu w Bieszczadach

Dla Jakuba

Tak się zdarzyło, że w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku trafiłam do Tarnawy Niżnej, bieszczadzkiej miejscowości położonej tuż przy granicy z Ukrainą. Trafiłam – dobre określenie w czasach, gdy transport i komunikacja w tamtym rejonie praktycznie nie istniały.

W Tarnawie Niżnej funkcjonowało duże i dobrze prosperujące gospodarstwo rolne należące do Iglopoolu. W gospodarstwie tym hodowano bydło na ubój. Latem krowy wypasane były na odległych od ośrodka łąkach, bydło nie wracało na noc do obór a wypas trwał do października. Wtedy zwierzęta trafiały do obór a pracownicy do mieszkań znajdujących się w dość nowoczesnym jak na tamte czasy budynku. Oprócz pasterzy i oborowych mieszkali tam też inni pracownicy, całe osiedle związane było z gospodarstwem i musiało funkcjonować w miarę normalnie, potrzebni byli więc kierowcy, mechanicy, palacze, sprzedawca do sklepiku i kucharka na stołówkę (czyli ja!). Oraz kierownik administracyjny, weterynarz i kierownik od bydła. Część z tych ludzi miała rodziny, było kilkoro dzieci w wieku szkolnym i młodsze. Dyrektor i kierownicy nie mieszkali na terenie Tarnawy lecz w Smolniku, gdzie znajdowało się podobne gospodarstwo. Nie pamiętam dobrze ale hodowano tam prawdopodobnie owce bo często dostawaliśmy stamtąd baraninę.

Wszelkie sprawy administracyjne załatwiało się w Lutowiskach, tam była siedziba gminy, biblioteka i posterunek milicji. Należało mieć zaświadczenie z miejsca zamieszkania zezwalające na pobyt w strefie granicznej.

Kiedy pojechałam w Bieszczady, trafiłam najpierw do harcerskiego schroniska w Suchych Rzekach.  Był wrzesień, wysiadłam z autobusu w Zatwarnicy i potem już tylko las, las, czerwony od buków i wreszcie baraczek w środku tego lasu. Naftowa lampa, kuchnia z blachą opalana drewnem, gospodarz Staszek zarośnięty niczym niedźwiedź ucieszył się na widok kobiety tak, że aż mi się zrobiło nieswojo. Okazało się, że tam kobiety zaglądały bardzo rzadko, nie miał kto porządnie wyszorować kuchni, ugotować pożywnego posiłku, usmażyć placków ziemniaczanych.

Staszek wysłał mnie do Smolnika mówiąc, że tam na pewno znajdę pracę i mieszkanie, jak nie w Smolniku to w Tarnawie i tak się właśnie stało. Nie powiedział, że w Tarnawie będzie trudniej.

W tamtych czasach w Bieszczady jechali wszyscy, którzy chcieli się odciąć od dotychczasowego życia a także poszukujący desperacko mieszkania z pracą. Jeśli dostarczył zezwolenie na pobyt w strefie nadgranicznej to miał oficjalną pracę, jak nie to nie. Milicjanci nie bardzo wtrącali się w tamtejsze życie, znałam ich osobiście bo czasem podrzucali nas z Lutowisk, to było prawie 25 km i zimą było po prostu niebezpiecznie iść przez ten straszny las choć droga była dość dobra. Kilka razy szłam, jaka to radość była dotrzeć na Muczne, czasem mi się to śni – idę, idę, między drzewami pomykają jakieś cienie, wreszcie światło i Muczne! Zawsze wchodziłam tam odpocząć. Teraz już wiem, że te cienie to nie były zdziczałe psy.

Mieszkałam w hotelu robotniczym, był prąd, centralne ogrzewanie, łazienka z prysznicami była wspólna. Niektórzy mieli telewizor. Wieczorami grywaliśmy w karty albo piliśmy pędzoną w kotłowni wódkę albo jedno i drugie. Na parterze funkcjonowała kuchnia ze stołówką, gotowałam posiłki regeneracyjne i obiad. Kolację robił sobie każdy we własnym zakresie. Sklepowa otwierała sklepik na dwie godziny, to były kartkowe czasy więc co przywiozła to sprzedała a dużo rzeczy mieliśmy przydziałowych, żyło się całkiem dostatnio a czasu wolnego mieliśmy naprawdę sporo.

Wokół same lasy, kilkadziesiąt metrów za oborami San, stanowiący granicę z Ukrainą.  Nie było żadnych zasieków, drutów czy czegoś, co zabraniałoby wejść do sąsiadów. Była nawet ubita droga prowadząca na drugą stronę rzeki. Ktoś jednak powiedział, że jeśli pójdziemy na drugą stronę to nas Ruskie zastrzelą i my w to wierzyliśmy. No właśnie – myślę współcześnie i dlatego piszę „granica z Ukrainą” a tam był przecież Związek Radziecki.

Krowy się tym zupełnie nie przejmowały i sobie szły do sąsiadów, bo sąsiedzi zajmowali się tym samym co my, czyli rolnictwem. Był raz czy dwa spór o byczka, my byków nie mieliśmy a jednak cielęta w naszych stadach się zdarzały z prostej przyczyny – wstrzymajcie buhaja jeśli trafi na stado wypasionych krów. A nasze krowy też nie były lepsze i lazły do nich. Mieliśmy więc i cielęcinę, i mleko, ale oficjalnie nie miało prawa tak być. Nikt się za bardzo przepisami nie przejmował, gorzej, gdy krowy zaczęły kaszleć, mogło to być objawem wielu chorób w tym gruźlicy. „Weteryniarz” mieszkał za ścianą to mi opowiadał różne historie związane z bydłem.

Mieszkałam w pokoju po pewnym traktorzyście, tydzień wcześniej znaleziono go kilkadziesiąt metrów za barakami. Umarł i nikt się tym za bardzo nie przejął. Ktoś mu w tej śmierci pomógł ale o takich sprawach woleliśmy nie wiedzieć.

Tak samo jak nie wiedziałam, że okna w kuchni trzeba dokładnie zamykać na noc. Pewnego wieczoru zostawiłam do rozmrożenia piękny kawał wołowiny a rano mięso było poszarpane i rozwleczone po całym zapleczu. Kot to nie był. Zresztą kotów ani psów tam nikt nie miał.

W niedzielę Józek (kierowca, cham i świnia) woził chętnych na mszę do Lutowisk ale chętnych przeważnie nie było. Miał do dyspozycji dwa pojazdy – jak uzbierało się więcej osób to jechaliśmy starem z przyczepą a jak mniej to aro z napędem na cztery koła.

Józek był panem świata, miał obowiązek jechać (pisało się podanie do kierownika  „w dniu tym i tym muszę z przyczyny takiej i takiej jechać tam i tam  i wracam wtedy i wtedy” ale ta kanalia potrafiła kłamać, że był i nikogo nie zastał więc  nie czekał. Dlatego szłam kilka razy z Lutowisk na piechotę.

Nikt nie miał samochodu. Na Mucznem mieszkali leśnicy i robotnicy leśni, to był świat..bardzo męski. Jeśli ktoś współczesny lansuje się na drwala, to doprawdy nie wie, co robi. Tam również funkcjonowała kuchnia, pracowały w niej dwie dziewczyny, chodziły wszędzie razem. Jak jedna chorowała to druga nie szła do pracy a robotnicy nie jedli. Ja też się ich bałam. Jedną z najważniejszych zasad było, by nie chodzić nigdzie w pojedynkę.

Wokół Tarnawy w lasach były opuszczone siedliska, można tam było trafić na piękne drzewa owocowe. Jesienią można było trafić na niedźwiedzia, zimą wilki podchodziły pod same obory.

To była ciężka zima.  Ciszę nocną często przerywał przeraźliwy krzyk zwierząt, wiele razy nie dało się wyjechać z terenu osady, ponieważ droga zawalona była śniegiem. Nie docierała poczta, często nie było prądu. Z ludzi wychodziło wszystko, co najgorsze.  Wiosną wróciłam do Krakowa i potem już nigdy nie pojechałam w Bieszczady.

 

 

siła hasła

W firmie wszyscy  mają obowiązek co najmniej raz w miesiącu zmienić hasło komputerowe. W pokoju nr 13 każdy pracownik mógł używać cudzego komputera i dlatego hasła były łatwe, na przykład qwerty123 albo imię dziecka i jego rok urodzenia. Kierowniczka miała hasło trudniejsze – imię męża i datę ślubu. Pewnego dnia Kamil zaproponował, aby po prostu wpisywać bieżący miesiąc i rok, na przykład lipiec 2015. W nazwie miesiąca musiała też być duża litera ale która to sobie ustalimy na bieżąco.  Wszyscy się ucieszyli, nawet pani Halinka.

Było to bardzo wygodne dla pani Halinki, która z hasłowaniem miała ogromny problem. Karteczki klejone na  klawiaturze od spodu odpadały, zapiski w notesiku myliły się ze starymi no bo kto, pytam się kto jest w stanie przypomnieć sobie hasło wymyślone dwa tygodnie temu i wykorzystane raz? A jak wiadomo, pani Halinka z powodu słabego zdrowia bywała w pracy dość rzadko.

Kiedy więc ustalono to nowe wspólne hasło czyli miesiąc i rok, po prostu przychodziła i pytała – co się teraz wpisuje żeby się zalogować?

Problem zaczął się dopiero w październiku. Bo jak to tak wpisywać za każdym logowaniem  wielkie „ź”. Specjalnie na złość jej to zrobili. To ona im też zrobiła na złość. Zmieniła hasło na „Zima2015” i poszła na zwolnienie. Mogą jej naskoczyć.

co w biurze piszczy

W biurze było cicho i sennie. Od czasu do czasu ktoś nieśmiało pukał w drzwi a potem uchylał je i wchodził pytając o różne sprawy. Przeważnie i tak niczego dobrego się nie dowiadywał a po drugie to  informacja jest na dworcu a w biurze się pracuje a nie przychodzi na pogawędki, gadać to sobie mogą pracownicy fizyczni. Psychiczni muszą myśleć!

Tego dnia jednak dziewczyny rozmawiały o koleżance, która nie składa się na żadne imieniny, chodzi w jednych butach cały czas a na śniadanie je kanapkę przyniesioną z domu. Długi ma, kredyt spłaca, dwoje dzieci na utrzymaniu. Chłop pojechał zarabiać prawdziwe pieniądze i tyle go widziała.

To niech idzie na drugi etat albo niech po szesnastej roznosi ulotki, kto jej broni – wtrąciła się do rozmowy pani Halinka celując trzymanymi w rękach nożyczkami w Kornela. Od paru godzin pisała na komputerze adresy swoich klientów, potem je drukowała, wycinała zgrabne karteczki i pracowicie naklejała na koperty. Nikt tak pięknie nie adresował przesyłek, wszyscy pisali byle jak ręcznie albo dawali listy do adresowania praktykantom (jeśli się jaki trafił i od razu nie uciekł).

Kornel nabrał odwagi i spytał – a pani poszłaby pracować na drugi etat, pani Halinko? Tu cały dzień a potem  do północy w innej firmie?

Halinka rzuciła nożyczki (nie w Kornela, na biurko) wyszła na środek pokoju i podniosła spódnicę pokazując na nogach niebieskie żyłki przebijające przez gąszcz włosów.

Patrzcie młode czego dorobiłam się w tej firmie! – zawołała oskarżycielskim tonem.

Kupić pani golarkę? – nieśmiało zapytał Kornel.

– Całe życie byłam naturalna i taka pozostanę, znów mnie pan obraża – Halinka zakryła kolana i naciągnęła beret na uszy.

A po co pani ta czapka, ciepło jest – Kornel dalej się czepiał.

– Nie po to zapłaciłam za beret 35 złotych żeby teraz leżał na półce. Nie śmiejcie się, też będziecie mieć żylaki jak tu przepracujecie trzydzieści lat tak jak ja.

I nie tylko żylaki – zakończył Kornel. Ale on jest dziwny więc nie wiadomo co miał na myśli.